Kłodzko

Piątek, 15 marca 2013 · Komentarze(0)
Kategoria wycieczka
Dobiegająca powoli końca, choć dająca jeszcze o sobie znać mroźniejszymi momencie zima, udowodniła mnie jedno. W Kłodzku chcąc z odpowiednią formą zacząć tzw.sezon, nie ma co żałować na trenażer.

Nie wiem, czy tylko teraz tak było, czy raczej jest tak zawsze, ale gdy tylko padał tu śnieg - trzymał długo. W sumie, dopiero teraz, gdy po wiosennym epizodzie z siedmioma kreskami na plusie, od paru dni z powrotem śnieży (choć już prószy, a nie sypie, jak wcześniej!) asfalty są czarne i można w cywilizowanych warunkach kręcić przynajmniej, z braku laku, po mieście. Nieodłącznym znakiem kłodzkiej zimy okazał się być pośniegowy syf na ulicach. Wcale się nie dziwię, ani nie mam tego służbom za złe. Generalnie stwierdzam, że Kłodzko jest odśnieżane sto razy lepiej od Legnicy. W "cięższe" dni widywałem na drogach nawet ciężki sprzęt - na tubylcach, odgarnianie zasp Caterpillarem zdaje się od dawna nie robić większego wrażenia. Jednak niegdysiejsza stolica hrabstwa to nie moje rodzinne "najcieplejsze miasto w Polsce", gdzie opady bywają raz na parę dni, a później spokój to norma. Tutaj dla odmiany norma to cienka, ale dobrze ubita kołami aut biała "nawierzchnia" ulic - nawet ważnych, jak ta przy której mieszkam, na której mieszczą się jednocześnie jedyna w mieście spółdzielnia mieszkaniowa, bank i Urząd Skarbowy. Nie muszę pisać, jak po czymś takim jeździ się w ruchu miejskim. Dlatego przez prawie miesiąc rower stał unieruchomiony.

Trenażer przydałby mnie się również z innego względu. Na przełomie lutego i marca boleśnie przekonałem się o tym, jak niebezpiecznym pożywieniem są frytki. Smażenie kartofli w brytfannie z rozgrzanym - do temperatury zapłonu - olejem kuchennym, poskutkowało u mnie prócz okopcenia kuchni usmażeniem nie tylko frytek, ale i ścian... a nawet lewej ręki. Z tej okazji mistrz kuchni spędził nawet uroczy weekend w Polanicy, dokąd zajechał nie jak zwykle rowerem, tylko białym busikiem z czerwono-niebieskimi elementami i logo z eskulapem na pace (-; Obecnie, już długo po opuszczeniu Specjalistycznego Centrum Medycznego Akademii Medycznej (szpital od chirurgii plastycznej i oparzeń) zasadniczo doszedłem do siebie. Ręka wygląda mało estetycznie, na poparzonym grzbiecie dłoni pewnie będą blizny. Najważniejsze jednak, że w blisko 3 tygodnie wszystko zagoiło się jak "na psie". Bardziej od poszkodowanej łapki, dokuczała mnie jednak świadomość: ja jestem w pełni sił, za oknem (wtedy, przez moment) siedem stopni, a ja siedzę zdewastowany w domu z zabandażowaną ręką, którą nie byłem w stanie ścisnąć klamki hamulcowej czy operować kierownicą...

Na szczęście - to wszystko już przeszłość. Akurat w połowie marca, tydzień przed kalendarzową wiosną, wracam na rower. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, czyli moją obecną formą. Po zimie zostaje przykre wspomnienie. I lista zakupów. Do pokoju - trenażer. Zaś do kuchni - obowiązkowo frytkownica.

Komentarze (0)

Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!